Ostatnio mało sypiam. Wolę czytać książki. Wbrew pozorom nie chodzi tu wcale o tematykę, gdyż o wiele istotniejszy jest sam fakt wykonywania czynności. Chociaż z drugiej strony ,tak jak w życiu, unikam monotematyczności i staram urozmaicać mój czytadło spis. Jednego dnia sięgam po nowele, a następnego czekam z wypiekami na rozwiązanie kryminalnej zagadki stulecia. Lubię w książkach zniszczone okładki pożółkłe kartki i zapach przesycony ludzkim dotykiem. Są jednym z tych kochanków ,którym nie odmawiam pójścia do lóżka. Cytując ,,książka jest niczym ogród, który można włożyć do kieszeni'', a ja uwielbiam mieć przy sobie kwiaty bez różnicy na porę roku. Teraz taki czas, że czytam i pachnę.

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 stycznia 2012

,,Poetą się jest,,

,,Zaprawdę powiadam ci, poetą się jest. Jest się nim, żyjąc. Zaś bywa się czasem skrybą, czyli grafomanem. Bywa się nim wtedy, kiedy braknie siły, by dźwigać ciężar swego życia. Wtedy ucieka się do ogródka sztucznym sposobem ogrodzonego i sadzi się smętne kwiatki na schludnej grządce. Jeszcze dobrze, gdy temu procederowi towarzyszy ironia. Ale najczęściej ogrodnikowi wydaje się, że kwiatek pieczołowicie przez niego hodowany dorównuje urodą niebieskiej róży. W przypadku bardziej zaawansowanego obłędu taki działkowicz całkiem zatraca poczucie rzeczywistości. Oto on wyhodował róże!,,
                                                                                                   Rafał Wojaczek ,,Sanatorium,,


Uwielbiam go. ,,Sanatorium,, jedynie ugruntowało mnie w tym przekonaniu. I chociaż nie jest wysublimowany, delikatny, dopracowany warsztatowo to jego szczerość i nonkonformizm twórczy budzi mój najgłębszy podziw. 
Dlatego chce milczeć i słuchać twych słów, choć według Ciebie 

"wyrzec słowo,by stwierdzić,że głos jest krzykiem i nikogo to nie obchodzi.,,






Ps. Uprzedzam pytanie. Tam znam zespół ,,Fonetyka,,. 
Nie lubię go jednak. Brak mu autentyczności i szczerości.




czwartek, 5 stycznia 2012

Literacka fikcja przeradzająca się w koszmarną, a zarazem autentyczną prawdę.część.1

          Rozpoczęłam Nowy Rok z książka przerażającą. Nie chodzi mi oczywiście o względy jakościowe, lecz treść, która lawiruje na pograniczu absurdu ludzkiego okrucieństwa. Bestialskich i bezwzględnych rządów władzy oraz porządkowania świata według własnych wartości. Przekreślając indywidualizm na rzecz ogółu. Czytając ,,Rok 1984,, Georga Orwella po raz pierwszy od dłuższego czasu znalazłam się w intelektualnym impasie. Nie chce tu streszczać treści,gdyż większość z was pewnie miała styczność z tą lekturą, a tym którzy jeszcze jej nie znają nie  chce zdradzić przebiegu zdarzeń, nie widzę w tym najmniejszego sensu. Zdecydowanie jest to jedna z tych pozycji,po której czujemy potrzebę zsyntetyzowania i uporządkowania własnych poglądów oraz prze kierunkowania dotychczasowej wizji świata.
Nie chce interpretować, ani rozważać tej pozycji w kategorii krytyki ustrojów totalnych, gdyż jest ona nią niepodważalnie. Chce jednak zaszczepić was niepokój, którego doświadczyłam. Dziecko społeczeństwa z pozoru humanitarnego, które nie doświadczyło na własnej skórze okrucieństwa systemu(przynajmniej nie w takim stopniu).Osoba nieznająca wojny, totalitaryzmu, biedy.Chce wam opowiedzieć czym dla mnie stała się ta książka i jak mocno dotknęła moich najczulszych uczuć.

          Zacznijmy od tego, że moim zdaniem świat pomimo sprawiania wrażenia humanitarnej twierdzy sprawiedliwości nadal posiada stygmaty totalizmu. Obywatele zaczęli być jedynie inwigilowani w zupełnie inny, inteligentniejszy sposób. Człowiek nadal wtłoczony jest w sztywny gorset nakazów i zakazów. W większości przypadków istnieje jedynie jako numer pesel, nip, pracownik, punkt statystyczny. Nie brane są pod uwagę jego uczucia, ambicje, prawdziwe potrzeby. Zaspokaja się je substytutami. Materialistyczną wizją świata pozbawionego metafizyki. Świata w którym brakuje miejsce n Tajemnice Istnienia. Czyż nie media(uznawane już bezwzględnie za czwartą władzę) kreują tą utopijną wizję posiadania za wszelką cenę jak największej ilości dóbr materialnych? Czyż nie one, a co za tym idzie sztab specjalistów, którym zależy na naszym ogłupienie, zamienił nasze trwanie z bycia w mieć? Czy nie staliśmy się niewolnikami szybkiego życia? Zdobywania jak największej liczby nic nieznaczących kwalifikacji oraz ciepłych, dobrze płatnych posadek? Czy nie uczy się nas jednopłaszczyznowej perspektywy myślenia, a każdą osobę myślącą nieszablonowo umieszcza się w domach wariatów. Czy zapomnieliśmy, że wielcy twórcy byli najczęściej ludźmi,,nienormalnymi''(w rozumieniu nie  dopasowania społecznego). To właśnie ich rysy, niedoskonałości sprawiały, że postrzegali świat w sposób odmienny, a co za tym idzie niezwykły.



          Dlaczego, więc nie szanuje się jednostki jako wartości nadrzędnej. Dlaczego wszyscy mówimy o ogóle? Przecież  idea jest tworem jednostki. Społeczeństwo może stać się jedynie obiektem jej zaszczepienia. Podlega, więc bezwzględnie twierdzeniu zbudowanym przez jednego małego człowieka. Czyż to nie absurdalne?
          Media oraz wizja kreowania świata jako ogromnej areny obywatelskiej niszczy naszą tożsamość. Nie mówię tu o tożsamości narodowej, gdyż ta moim zdaniem już dawno przestała istnieć w podstawowym rozumieniu tego słowa. Chodzi mi o moją tożsamość kulturową. Tożsamość atomu, który został umieszczony w pewnym przeznaczonym mu miejscu, które ukształtowało go oraz nadało mu pewien wymiar. Krzyczymy wciąż, zaklinamy się, jak bardzo jesteśmy tolerancyjni. Jak mocno czujemy się obywatelami całego świata, ale czy tak jest na prawdę?
Czy, gdzieś w nas nie znajduję się zalążek ksenofobii, który rozbudzony przez media lub organizację polityczną rozkwitnie w najmniej spodziewanym momencie?
Czy uda nam się uciec przed swoją prawdziwą naturą bestii, która jest w stanie  zrobić wszystko aby przetrwać?
Czy w którym momencie tak jak główny bohater nie wytrzymamy i krzykniemy:

,,Zróbcie to im, a nie nam. Nie obchodzi nas co się z stanie z innymi. Zabijcie ich, ale nie nas,,.

Czy będziemy potrafili walczyć jednostkowo z systemem, który spróbuje nas zniszczyć za wszelką cenę?
Czy pozwolimy sobie wmówić, że czarne stało się białe, a białe czarne?
Czy udana nam się pozostać człowiekiem?


Cóż. Chciałam powiedzieć tak wiele, a udało mi się przekazać jedynie strzępki niepokoju, który towarzyszył mi od przeczytania tej lektury. Z tego powodu ta notatka staje się częścią pierwszą moich roztwarzań. Druga pojawi się, gdy ubiorę w słowa niedopowiedzenia. 

A według was, czy liczy się tylko Ty? 



Tytuł: ,,Rok 1984,,
Autor: George Orwell















Jak ma się wolność słowa w Ameryce :)
                   

niedziela, 18 grudnia 2011

Widok surowych, wietrznych pół przepełnionych wrzosami czyli ,,Dziwne losy Jane Eyre,, zmysłami podszyte.



Moja rzeczywistość nasączyła się stygmatami urojonego snu. Lawiruję między groteskowym światem książek Bułhakowa, a oczywistymi wytycznymi stabilnej szarości przeciętnego dnia. Zawijam się w rulon słów, które owijają moje zmysły. Zaczynam być aspołeczna, chociaż już wcześniej dostrzegałam w sobie tą przypadłość.Ciało służy mi jedynie za nędzne narzędzie dydaktyczno- poznawcze, większość jednak uwagi zajmuję mi przemieszczenia na płaszczyznach niedoświadczanych wcześniej uczuć.
Często przenoszę się w odległe mojemu słabemu ciału krainy. Przelatuje między epokami, granicami, rzeczywistościami. Stając się niezależną obywatelką świata literackiego.
Dziś zabiorę was w podróż, która zachwyciła mnie zapachem oraz konsystencją krajobrazu. Ubierzcie ciepły płaszcz i zawiążcie trzewiki. Czekają nas bowiem bezkresne przestrzenie pokryte wszechobecną rosą, nad którą osiadła niczym stalowa kurtyna ciężka mgła. Urok ten dopełnia się jeszcze w nadchodzącym niebawem wschodzie słońca , w bladych, ledwo jeszcze dostrzegalnych jego promieniach, które balansują na granicy absurdu. Wielkie przestrzenie zarosłych wrzosem pagórków są przed nami i po naszych bokach przepajając nasze umysły uczuciem surowości i ostrości krawędzi. Mchem porosłe kotliny, gęstwiny wrzosowisk.Przyroda nabrała tu cech pierwotności, nie wywołuje wrażenia świeżości, lecz jest posępna,,jak zawiedzione nadzieję samotności i ostatnia przystań milczenia.,,.
Ta niezwykła sceneria staję się obszarem na, którym rozegra się prawdziwy dramat ludzkich namiętności. Tragedia człowieka uwięzionego w konwenansach czasów w których żyję. Ponieważ dla mnie przede wszystkim ta książka pomimo tematyki romansowej jest studium wyboru między namiętnością serca, a twardym przestrzeganiem reguł i zasad zdeterminowanych przez nasze życiowe położenie(uwarunkowane płcią, czasem w którym żyjemy, pozycją społeczną, która została nam nadana przez ogół). Ten wiktoriański romans napisany został w sposób niezwykle inteligentny(pewnie dlatego przetrwał próbę czasu, która często bywa bezwzględna). Autorka(Charlotte Bronte) udowodniła, że ten gatunek literacki również oscyluję na granicy dzieła sztuki. Wybitnie napisany romans, może być skarbnicą uniwersalnej problematyki, zachęcając nas do wnikliwszej interpretacji, niż jedynie na poziomie uczuć dwójki głównych bohaterów.
Cóż dla mnie ,,Dziwne losy Jane Eyre,, były chyba jednym z najważniejszych odkryć literackich tego roku. Wpasowały się w nastrój zaokiennych słot i melancholijnych wieczorów. Fabuła, mogąca się wydawać dość naiwną, stała się areną wielu ambiwalentnych uczuć, które dotykały mojej duszy z niezwykłą precyzją.
Jeśli, więc szukacie książki, która pozwoli wam odbyć niezapomnianą podróż na granicy jawy i snu zapraszam was do sięgnięcia właśnie po tę pozycję.
Magia zamieszkała między jej stronicami, nie pozwólcie jej tam pozostać w błogim półśnie.

środa, 2 listopada 2011

Tożsamość narodowa, a wolność twórcy.



Jesień przepływa mi przez palce. Igra ze mną nasileniem  barw i intensywnością doznań. Jednak dla mnie, ta pora nie jest gonitwą spadających liści lub batalią atakujących kasztanów. Jesień jest dla mnie emocją. Nastrojowością i rozmytym przez koronę drzew promykiem słońca, którego dotyk nostalgicznie pulsuję na ustach przechodniów. Samotnych, zaplątanych w przydługawe płaszcze i szaliki. Delektujących się ciszą własnych myśli, niepoprawnych doznań. 
I trudno mi się wyjaśnić z jakiego powodu tak długo nie odwiedzałam tego miejsca. Czas uciekał, a ja łapałam jego ochłapy ciesząc się każda wolną chwilą. 
Wróciłam jednak z książką trudną, której posmak nadal czuję na spierzchniętych wiatrem wargach. Lektury, która pozwoliła mi po raz kolejny przewartościować moje priorytety, emocje.
Większość z was zna tę pozycję jeszcze ze szkolnej ławki. Wracam, bowiem do was z podróży dalekiej i odległej, a emocje których doświadczyłam są porównywalne z przepłynięciem  (trans)Atlantyku. 
   Trudno zmierzać się z legendą Witolda Gombrowicza, znienawidzonego przez nieudolne, szkolne interpretacje. Ciężko dać mu kolejną szanse. Odkryć w nim coś, więcej niż parę sztampowych frazesów, zachłysnąć się. Pomimo, wielu przeciwności,zafascynowała mnie ta książka, rozlała się po ciele i wsiąkła w malinowe policzki. Ostała w moim sercu.
,,Trans-Atlantyk,, zafascynował mnie przede wszystkim formą. Rozbieganym słów, ich zadziorną stylizacją. Przeskokami w lekki surrealizm, groteskę. Zerwaniem z klasycznym powieściopisarstwem, na rzecz nad poziomu, jednak mocno realnego i warsztatowo niezwykle płynnego. Goniłam, przeskakiwałam, zdanie, za zdaniem. Jakiś nagły pęd w trzewiach i rozbieganie źrenic.
I ta forma formowała się zaraz w kolejną formę, dotąd mi nieznaną i w formie pełnej zamykała się na moich oczach. Szczegółowiej skupie się jednak na refleksjach, które rozbudziła ta nieustanna gonitwa za akapitami. W pewnym momencie poczułam się bowiem bezpaństwowcem. Wyzbyłam się Polski. Jej traumatycznego cienia i zrzuciłam wraz z Gombrowiczem płaszcz Konrada. Umarłam dla definicji. Zaczęłam walkę z własnym umiejscowieniem. Zaczęłam, wręcz kląć 




" A płyńcież wy, płyńcież Rodacy do Narodu swego! Płyńcież wy do Narodu waszego świętego chyba Przeklętego! Płyńcież do Stwora tego św. Ciemnego, co od wieków zdycha, a zdechnąć nie może! Płyńcież do Cudaka waszego św., od Natury całej przeklętego, co wciąż się rodzi, a przecież wciąż Nieurodzony! Płyńcież, płyńcież, żeby on wam ani Żyć, ani Zdechnąć nie pozwalał, a na zawsze was miedzy Bytem i Niebytem trzymał. Płyńcież do Ślamazary waszy św. żeby was ona dali Ślimaczyła! Okręt już skosem się zwrócił i odpływał więc jeszcze mówię: - Płyńcież do Szaleńca, Wariata waszego św. ach chyba Przeklętego, żeby on was skokami, szałami swoimi Męczył, Dręczył, was krwią zalewał, was Rykiem swym ryczał, wyrykiwał, was Męką zamęczał, DZieci wasze, żony, na Śmierć, na Skonanie sam konając w konaniu swoim SZału swojego was Szalał, Rozszalał!"

I w płacz nagle wpadłam, bo ja już sama nie wiedziałam, czy ja tego narodu nienawidzę, czy może miłością go darzę. Czy ja tym narodem jestem, czy odłamkiem jakiś, wręcz niesklejanym. Bo co dla mnie ten naród znaczy? Czy ja tu tylko mieszkam i z przyzwyczajenia hymn powtarzam w rytm melodii, czy może ja tą melodią żyję i jej wersy mam na sercu wykute. Bo tak naprawdę wcześniej przyzwyczajona byłam jedynie do stania w rzędzie, a teraz ja muszę podjąć decyzję czy chce tu być i trwać pomiędzy pomnikami polskości. I te statuy co dnia doglądać i pozwalać im trwać i zagnieżdżać się we mnie coraz mocniej. I pielęgnować ich jakość  niezmienna od wieków. Czy mity piętnować, czy może je pieścić i tulić,by dalej nam wiernie służyły. Czym dla mnie ten naród? Wolności ostoją czy niewoli pętami. 
I zdefiniowałam siebie od zera. Od embrionu. I myśli zmieniłam i nazwy im dałam odmienne. I stała się Polska z patosu kolebką stolica niechęci i lęku.Lecz w szyderstwie tym odżyła i wyzwoliła mnie z ,,polskiej,, polskości. 

Życzę wam wszystkim,abyście potrafi odnaleźć w sobie Polskę. Zdefiniować ją, pokochać, poczuć :)


Tytuł: Transatlantyk
Autor: Witold Gombrowicz
Wydawnictwo: Literackie
Ilość stron: 140
Ocena: 5/6





















(Przepraszam, że tak rzadko tu bywałam. Oświadczam to się już więcej nie powtórzy :) Wracam do was na stałe. Jutro postaram się poodwiedzać wasze blogi, brr ogromne zaległości :)

niedziela, 11 września 2011

Dokąd wy jedziecie, podróżni?


 ,, Lalka opowiada historię człowieka, który spotyka się ze znakami. W ten sposób staje się historią inicjacji, historią zapomnienia i odnalezienia zapomnianego, wędrówką wśród złudzeń i iluzji, odkrywaniem własnej przynależności do świata i własnej w nim obcości,,
                                     Olga Tokarczuk- Lalka i perła


Bardzo często spotykam się z opiniami krytykującymi dobór lektur obowiązkowych w polskim szkolnictwie. Uczniowie zanudzeni zbędnymi pozycjami, nie mają podobno możliwości pokochania prawdziwej literatury. Muszą czytać obszerne tomiska archaicznych powieści, które w ich mniemaniu uległy dezaktualizacji. Nie potrafiąc utożsamić się z głównym bohaterem, tracą chęć poznania jego losów i perypetii. Jeśli ktoś pojmuję literaturę w ten sposób, to nie pomogą mu żadne ulepszenia spisów lektur. Utożsamiane się z bohaterem danej powieści niczym rozegzaltowany nastolatek, zamiast odczytywać płaszczyzny zakryte warstwą dialogową. Oczywiście nie chcę tu nikogo potępiać. Kreacja bohatera jest jednak często jedynie pretekstem do dalszej interpretacji, bez której dzieło  traci bardzo wiele. Pomijam przypadki, gdy autor skupia się jedynie na przeżyciach bohatera. Tylko nawet, wtedy należy pamiętać jak nieoderwalnym czynnikiem są zjawiska zewnętrzne, które warunkują naszą osobowość niezależnie od naszej woli.  Z drugiej strony, nie chce sprowadzać czytania do samego procesu interpretacji. Nie można, bowiem zapomnieć o emocjach towarzyszących nam podczas zgłębiania literatury.
Sam Nabokov(pisarz, którego wykłady o literaturze uważam za najbardziej wnikliwe i sumienne.) piszę :


...mądry czytelnik czyta książkę geniusza nie sercem, nie mózgiem nawet, ale kręgosłupem. To tam właśnie pojawia się owo niepokojące mrowienie, nawet wtedy, gdy zachowujemy pewien wskazany dystans, pewną rezerwę podczas lektury. Wtedy z przyjemnością zmysłową i intelektualną zarazem będziemy obserwować artystę budującego swój domek z kart i widzieć, jak przeobraża się on w piękny pałac ze stali i szkła". A w innym miejscu: "Choć czytamy za pomocą mózgu, siedzibą artystycznych rozkoszy jest miejsce między łopatkami. Dreszczyk, który tam odczuwamy, jest z pewnością najwyższą formą emocji, jaką zdołała osiągnąć istota ludzka w procesie ewolucji czystej sztuki i czystej nauki. Czcijmy zatem te ciarki wzdłuż krzyża. Bądźmy dumni z tego, że jesteśmy kręgowcami, bo jesteśmy kręgowcami zwieńczonymi głową, w której płonie boski ogień. Mózg jest tylko przedłużeniem kręgosłupa; knot biegnie na całej długości świecy".

Tak, więc nawet najlepszy warsztatowo pisarz nie jest w stanie nas zachwycić, dopóki nie poruszy również naszych emocji. Oczywiście nie mówię tu o tanich manipulacjach, których często dopuszcza się wielu artystów. Dopiero sztuka wysublimowana ma prawo obronić się i zachwycić nas swoimi pokładami literackimi.

Dlatego grzmijcie, plujcie, denerwujcie się,  lecz popieram obecną listę lektur. Może, nie całościowo, (Konopnicka spalająca w piecu dzieci oraz Sienkiewicz na pewno zamienieni zostaliby, chociażby na Zolę, lub Tołstoja). Jednak, cieszę się, że miałam możliwość poznania twórczości tak różnorodnej i wyrobienia opinii na wiele tematów. W końcu nie mogłabym gromić Sienkiewicza, nie czytając żadnej z jego pozycji. (Przemordowałam, aż 4 całościowo i niestety  nie pasuje mi jego styl). Drugim aspektem, zmiany lektur szkolnych są oczywiście finanse. Czy wyobrażacie sobie, całkowitą wymianę asortymentu w bibliotekach szkolnych? Dla małej szkoły w biednej gminie to naprawdę ogromny wydatek. Po trzecie, bez podstaw takich jak przypowieści biblijne, motywy mitologiczne, nie mamy po co sięgać po utwory z dalszych epok. W końcu archetypy pewnych pojęć nawiązują bezpośrednio do tych młodszych wiekowo utworów. Ostatnią kwestią, najmniej obiektywną, jest moja ogromna miłość do wielu pozycji znajdujących się w obecnym spisie lektur szkolnych. Dziady, Zbrodnia i kara, Proces, Jądro ciemności, Sklepy cynamonowe to tylko parę z pozycji, bez których nie wyobrażam sobie obecnego życia. Interpretowałam je wielokrotnie, pomijając język polski i zaskakują mnie nieustannie bogactwem swojej treści.


Wśród moich ukochanych książek znajduję się również ,,Lalka,, Bolesława Prusa. Mogłabym o niej rozprawiać godzinami. Broniąc Izabeli, której tak wielu przypisuję komplet cech negatywnych. Ja natomiast widzę w niej dziewczynkę, której ojciec, nigdy nie pozwolił dorosnąć. Dlatego, ucieszyłam się niezmiernie mogąc w końcu poznać ,,Lalkę i perłę,, Olgi Tokarczuk. Pisarka napisała genialny esej, będący próbą nowego odczytania powieści Prusa. Próbą całkiem udaną, ale od początku.
Autorka już w wstępie przyznaję, że nie będzie to klasyczny wykład literacki:,, nie zastanawiałam się nad językiem powieści, nad jej miejscem w historii literatury czy jej recepcją. Pominęłam wiele istotnych wątków, koncentrując się zaledwie na ,,przypadku Wokulskiego’’. Ta interpretacja wydaje mi się o tyle ciekawa, gdyż o głównych wątkach i bohaterach posiadamy niezwykle obszerną wiedzę z lekcji języka polskiego. Według Olgi ,,Cechą wielkości jest to potężne wrażenie, jakie dzieło pozostawia po sobie. Wrażenie przybliżenia się do jakiejś tajemnicy, równocześnie ogarnięcie wielu różnych elementów, albo po prostu oszołomienie, zadziwienie, niepokój. Będzie to zawszę głębokie przeżycie- i będzie to zawsze kategoria emocjonalna, nie intelektualna. Emocjonalna to znaczy prywatna, nawet intymna O ile kategorie intelektualne da się uzgodnić, o tyle kategoria emocjonalna wymknie się takiemu uzgodnieniu. Dlatego mówiąc o dziele i jego przeżyciu można mówić tylko o sobie, o własnym systemie znaczeń, własnym uniwersum, nie zapominając przy tym, że takie osobiste odczytanie może być nieprzekładalne na doświadczenia innych…. Niech Bóg ma w opiece dzieci ślęczące nad podręcznikami do literatury.,,


Autorka zachęca nas do polemiki. Cóż, z ogromną ilości przemyśleń Olgi się nie zgadzam. Jej próby uduchowienia pewnych zjawisk, nadania im spirytystycznych cech, wydają mi się lekko przerysowane. Jest jednak w tej książce, jeden moment genialny. Pisarka prowokuje nas do zmiany punktu widzenia jednym  prostym pytanie: Jeśli przyjmiemy, że Wokulski jest tylko symbolem wędrowcy wyruszającego w drogę. Jego dramatem jest problem odnalezienie duchowego porządku. Jednak w momencie, w którym go poznajemy przemieszcza się między dwoma równoległymi światami (romantycznym i pozytywistycznym). Nie rozpatrywałam jeszcze ,,Lalki,, z tej perspektywy, ale na pewno tak zrobię sięgając po nią po raz kolejny. Autorka, sugeruję, że Wokulski próbuję odnaleźć siebie oraz uratować swoją wewnętrzną istotę. Rozumiem to, jako uwolnienie swojej duszy od pożądania, które przestawione jest pod postacią Izabeli. W momencie, w którym Wokulski planuję samobójstwo pod kołami pociągu, przeżywa własną śmierć, doświadcza całkowitego wtajemniczenia i staje się wolny. Autorka w swoim eseju nawiązuję również do elementów baśniowych zawartych w ,,Lalce,, ,czym podsumowaniem jej analiza ,,Lalki,, pod kątem ,,Hymnu o Perle,,.

Pomimo małych rozmiarów, ta pozycja jest niezwykle skondensowana i przemyślana. Myślę, że nie warto traktować jej jako ściśle zarysowanego obrazu wydarzeń ,,Lalki,,. Ta książeczka nie jest jedynie wnikliwą, współczesną interpretacją powieści Prusa. Jest wołaniem o indywidualne, kreatywne i odważne rozpatrywanie dobrze znanych przestrzeni literackich.

,,Żadna teoria nie jest w stanie raz na zawsze, od początku do końca, wytłumaczyć sensu dzieła literackiego. Ludziom często się zdaję, że także w swym postrzeganiu pozostają wolni, lecz z pewnością tak nie jest. Także na sporze ganie wpływa bowiem jakiś wspólny duch, który uzgadnia z nami barwy czasu i każe ma widzieć nie to, co jest, ale to, co nam się zdaję, że jest.,,.
Polecam tę pozycję wszystkim czytelnikom, którzy chcą rozwinąć swoje możliwości interpretacyjne. Uniezależnić się od sztywnych zasad szkolnych i znaleźć złoty środek dla pojmowania tekstu literackiego. W końcu warto poszukiwać odrywając się od konwencjonalnych metod.


A przy okazji:
,,Książka żyje tyle razy, ile została przeczytana,,











Na koniec zamieszczam przepiękny ,,Hymn o perle,, w przekładzie Miłosza:

Kiedy byłem dzieckiem w domu Ojca mego, w Królestwie, radowałem się, żyjąc w bogactwie i wspaniałości.
Aż moi rodzice wysłali mnie daleko z naszej ojczyzny, ze Wschodu, dając mi na drogę ze skarbca brzemię duże ale do dźwigania lekkie.
Zdjęli ze mnie suknię chwały w którą ich miłość mnie była oblekła i płaszcz z purpury tak utkany, że był w sam raz na mnie.
I wypisali w moim sercu, abym nie zapomniał: "Zstąpisz do Egiptu i przyniesiesz Perłę, która leży pośrodku morza owinięta cielskiem ziejącego smoka, a wtedy włożysz znowu twoją suknię chwały i twój płaszcz, i razem z twoim bratem, naszym namiestnikiem, odziedziczysz Królestwo".
Wyruszyłem ze Wschodu i schodziłem w dół, mając za towarzyszy dwóch królewskich wysłańców, bo droga była niebezpieczna i trudna, a ja młody na taką podróż.
Przekroczyłem granice Maiszanu, gdzie zbierają się kupcy ze Wschodu, i przybyłem do kraju Babel i wszedłem w mury miasta Sarbug. Stamtąd udałem się w dół do Egiptu i moi towarzysze pożegnali się ze mną.
Poszedłem prosto do smoka i zatrzymałem się w gospodzie obok jego gospody, czekając aż zaśnie i będę mógł zabrać mu Perłę.
Sam jeden, trzymając się osobno, byłem obcy wśród bawiących w gospodzie, ale zobaczyłem kogoś z mego plemienia, pięknego i wdzięcznego młodzieńca, syna królów. Przywiązał się do mnie, a kiedy wyjawiłem mu po co tam się znalazłem, ostrzegł mnie przed Egipcjanami i towarzystwem nieczystych.
Ja jednak ubrałem się w ich szaty, aby nie podejrzewali mnie, że przychodzę z innych stron szukając Perły i nie pobudzili przeciwko mnie smoka.
Ale rozpoznali, że nie jestem z nich i świadczyli mi grzeczności i mieszali chytrość z napojem i dali mi spróbować ich mięsiwa.
Wtedy zapomniałem, że jestem synem Króla i służyłem ich królowi. Zapomniałem o Perle po którą posłali mnie rodzice. Dla ciężkości ich pokarmu zapadłem w głęboki sen.
Moi rodzice wiedzieli co działo się ze mną i martwili się o mnie. Ogłoszono w naszym Królestwie, że wszyscy mają zebrać się u naszych bram. I królowie oraz książęta kraju Fartów i wszyscy wielcy Wschodu uradzili co robić abym nie został w Egipcie. I napisali do mnie list, a każdy z wielkich podpisał się swoim imieniem:
"Od Ojca twego, Króla królów, i od matki twojej, władczyni Wschodu, i brata twego, naszego namiestnika, tobie, naszemu synowi w  Egipcie, pozdrowienie. Zbudź się i wstań ze swego snu i pojmij słowa naszego listu. Przypomnij sobie, że jesteś synem Króla: zważ, w czyją służbę niewolną wstąpiłeś. Pamiętaj o Perle, dla której wyruszyłeś do Egiptu. Przypomnij sobie twoją suknię chwały, miej w pamięci twój świetny płaszcz, abyś mógł je oblec i przyozdobić się nimi i aby twoje imię czytano w księdze bohaterów i abyś razem z bratem twoim, naszym namiestnikiem, odziedziczył Królestwo".
Niby poseł był list ten, zapieczętowany królewską ręką przeciwko złym siłom, synom Babelu i nieposłusznym demonom Sarbug. Wzbił się w kształcie orła, króla ptaków, i leciał aż usiadł przy mnie i cały stał się mową.
Na jego głos zbudziłem się i wstałem ze snu, wziąłem go, ucałowałem, złamałem jego pieczęć i zacząłem czytać. Jak to, co nosiłem wypisane w sercu, były słowa listu. Przypomniałem sobie, że jestem królewskim synem i że moja dusza urodzona w wolności tęskni do swoich. I przypomniałem sobie Perłę po którą mnie posłano do Egiptu.
Rzuciłem czary na straszliwego, ziejącego smoka i sprowadziłem na niego sen wymawiając nad nim imię Ojca mego, imię naszego namiestnika i imię mojej matki, królowej Wschodu.
Zabrałem Perłę i wyruszyłem w drogę powrotną do domu mego Ojca. Zrzuciłem z siebie ich plugawe i nieczyste szaty, i zostawiłem je za sobą w ich krainie. A tak kierowałem się, żebym mógł trafić wprost na światło naszej ojczyzny, Wschodu.
Przede mną leciał list, który mnie zbudził. I tak jak poprzednio zbudził mnie swoim głosem, tak teraz prowadził mnie swoim światłem jaśniejąc przed mymi oczyma i swoim głosem uśmierzał mój strach i swoją miłością zachęcał.
Moją suknię chwały, którą kiedyś nosiłem i mój płaszcz, który mnie kiedyś okrywał moi rodzice posłali na moje spotkanie przez zaufanych skarbników.
Kiedy zobaczyłem suknię, nagle wydała mi się lustrzanym podobieństwem mnie samego. Widziałem, że jestem w niej cały i że ona cała jest we mnie, że byliśmy w rozłące a przecie jednym i tym samym, tak samo ukształtowani.
I obraz Króla królów był na niej przedstawiony wszędzie, i cała mieniła się od poruszeń tajemnej wiedzy.
Wiedziałem, że zacznie mówić i łowiłem uchem dźwięki jej pieśni, które szeptała w swojej drodze na dół:
"Ja jestem sprawczyni jego czynów, jego, dla którego wyrosłam w domu Ojca, i poznawałam po sobie, że ogromnieję tak jak jego dzieła".
I dostojna w swoich ruchach cała dąży ku mnie i z rąk niosących ją śpieszy, abym ją wziął, a mnie też moja miłość pobudziła i biegłem ku niej aby ją przyjąć.
Wyciągnąłem ręce i wziąłem ją i przybrałem na się piękno jej barw, i całego siebie okryłem królewskim płaszczem.
Tak obleczony wstąpiłem w bramę powitań i uwielbień.
Pochyliłem głowę i wielbiłem wspaniałość Ojca mego, który ją dla mnie posłał, którego rozkazy wypełniłem, tak jak on wypełnił co był obiecał.
Przyjął mnie z radością i byłem z nim w jego Królestwie i wszyscy jego słudzy chwalili go dźwiękiem muzyki za to, że, jak obiecał, przybyłem na dwór Króla królów i przyniósłszy Perłę ukazałem się z nim razem.



poniedziałek, 22 sierpnia 2011

,,Basil Hallward jest tym,za kogo się uważam: Lord Henry tym za kogo mnie świat uważa: Dorian tym, kim chciałbym być - w innych czasach może,,.

     Tak naprawdę w momencie w którym pokochałam klasykę, pokochałam literaturę. Wcześniej szukałam swojego miejsca między dziełami współczesnymi. W powieściach obyczajowych o tematyce społecznej. Nie mogę powiedzieć, że natrafiałam jedynie na pozycję miałkie. Literatura polska nie raz dała mi pstryczka w nosek. Pomimo tego, czytanie Tokarczuk, Dukaja, Wojaczka, Świetlickiego oraz Masłowskiej(tak, tej młodej zdolnej pisarki, którą większość uważa za grafomankę. Dla mnie jej dzieła są odwilżem w polskiej literaturze. Już dawno niczyja proza nie zabawiła się ze mną w tak genialny sposób. Większość społeczeństwa nie chce jednak zobaczyć prawdy, którą Masłowska nam wytyka, śmiejąc się z absurdów) nadal pozwala mi wierzyć w literaturę mocną, silną, prześmiewczą i co najważniejsze niezależną.
     Ostatnio, dzięki Kasi z bloga http://rzeki-metafizyczne.blogspot.com/ , odkryłam autora, którego kunszt literacki zachwycił mnie, a zarazem omamił. Artystę, który był tworzywem sztuki. Niezrozumiany przez społeczeństwo XIX Anglii, odrzucony i potępiony. Walczący o niezależność artystyczną. Nie potrafiący zrozumieć, w jaki sposób dzieło sztuki może być przedmiotem krytyki z punktu widzenia moralności.Jeśli dodam, że jego dzieła takie jak ,,Bajki,, lub ,,Portret Doriana Graya,, są wciąż inspiracją dla wielu artystów, oczywisty staję się fakt, że dzisiejszą notkę poświęcić chce właśnie Oscarowi Wilde'owi. 
     ,,Portret Doriana Graya'' to powieść będąca przede wszystkim, wyrazem poglądów artysty na sztukę.Sama ''przedmowa'' jest, dla mnie, niezwykle cennym zbiorem informacji dotyczących programu literackiego pisarza. Sposób w jaki Oscar piszę o sztuce jest niezwykle ciekawy i innowacyjny.
Artyście wyznacza rolę ,,twórcy piękna,, , ,,objawiciela sztuki''. Brzmi to dość pompatycznie, jednak autor przez całe swoje życie będzie walczył o koncepcje sztuki wolnej od wszelkich zobowiązań moralnych, etycznych oraz pojęcie dzieła bezużytecznego, którego celem jest niezależne istnienie. Sam podkreśla:
Nie ma książek moralnych lub niemoralnych.Są książki napisane dobrze lub źle.Nic więcej. 
     Zgadam się z nim. Chociaż nie szukam w literaturze taniej kontrowersji, to nie uciekam od trudnych tematów. Staram się, bowiem dotrzeć do prawdy o naturze człowieka, jakakolwiek ona jest. Studiowanie literatury nauczyło mnie, między innymi, odkrywania wielu aspektów danego zagadnienia. ,,Lolita,, Nabokova budzi kontrowersje, lecz dzięki ukazaniu różnych aspektów tematu i jego sublimacji jest jednym z lepszych dzieł współczesnej literatury. Śmieszy mnie więc, gdy ktoś nazywa daną książkę nieetyczną. W końcu, nawet w Biblii możemy doszukać się ukazania kontrowersyjnych tematów. Spójrzmy na cierpienie Hioba. Rozmyślając na jego temat nie potrafimy znaleźć konkretnych odpowiedzi. W głowie mamy pustkę. Czujemy się zawiedzeni decyzją Boga, który karze sprawiedliwych.
    Wracając do ,,Portretu Doriana Graya,,  urzekła mnie jego warstwa dialogowa. Lord Henryk, którego poglądy klarownie przyciągają słuchacza, jest prawdziwą skarbnicą filozoficznych przemyśleń. Inspiruje Doriana swoim życiem, doborem lektur. Zresztą sama postać tytułowego młodzieńca jest niesamowicie ciekawa. Jest fascynujący i posiada straszną tajemnice, haczyk na który złapie się każdy czytelnik.
    Nie chce zdradzać zarysu akcji, dlatego podkreślam jedynie, że znajdziecie w niej niesamowitą ilość sensacji, paradoksu. Portrety postaci są ukazane w sposób mistrzowski. Są to głównie dekadenci. Oscar Wilde oddał w tym dziele ogromną część swojej osoby. Sam przyznawał:
,,Basil Hallward jest tym,za kogo się uważam: Lord Henry tym za kogo mnie świat uważa: Dorian tym, kim chciałbym być - w innych czasach może,,.

Postacie drugoplanowe są również potwierdzeniem niezwykłego kunsztu autora. Zresztą jest to pozycja genialna pod każdym względem. Sama nie wiem, w którym momencie z powieści o ludzkich namiętnościach, pełnej przeróżnych aforyzmów zmieniła się w przerażający mrożący krew w żyłach thriller. Czułam się owładnięta złowieszczą aurą zbrodni, która w tym wypadku przyjmowała wygląd podstępnego piękna.
W Listach do Redaktora ,,Daily Chronicle,, autor piszę( nie czytajcie jeśli jeszcze nie znacie tej powieści. W tych cytatach są zawarte główne wątki):
Dorian wcale nie ma wypranej z uczuć, wyrachowanej i wyuzdanej z sumienia natury.Przeciwnie, jest niezmiernie impulsywny, absurdalnie romantyczny i przez całe życie prześladuje go przesadnie wrażliwe sumienie, które mu psuję wszystkie przyjemności i które go ostrzega, że młodość uciechy życia to jeszcze nie wszystko. Właśnie żeby uwolnić się od sumienia, które go nie odstępowało przez te wszystkie lata, Dorian niszczy portret. I tak to usiłując zabić sumienie Dorian Gray zabija siebie samego.
Każdy człowiek dostrzega własny grzech w Dorianie Grayu. Jakie są grzechy Doriana Graya, nikt nie wie. Ten kto je odkryje, sam je doń wprowadza. 
Och, jak uwielbiam w literaturze niedopowiedzenia. Urwane w pół zdania dialogi. Jedynie wielcy pisarze potrafią manipulować czytelnikiem w sposób tak wykwinty.

Na zakończenie cytat, który w świecie szybkiego czytania. Ciągłego przetwarzania informacji bez ich głębszej analizy, wydał mi się niesamowicie trafny:
Żyjemy w epoce, w której zbyt wiele się czyta,aby móc być mądrym i zbyt wiele myśli, by móc być pięknym.
Zaskakujące ile trafności znajdzie w tych słowach współczesny czytelnik.


Ps. Mam do was ogromną prośbę. Czy ktoś z was oglądał jakaś ekranizację ,,Portretu Doriana Graya,, ? Może którąś polecacie, albo kategorycznie odradzacie?


W moich dzisiejszych przemyśleniach wykorzystałam cytaty z książki ,,Nic nie mogło być inaczej. Listy Oscara Wilde'a''. Jej treść pomogła mi zrozumieć pewne aspekty twórczości Wilda. Listy czytałam  z zapartym tchem. Sugestywnie ukazują tragedię jego życia.Ukazują również prawdę, która jest prawdą Oscara Wilda i o Oskarze Wildzie.


 Tytuł: Portret Doriana Graya
 Autor: Oscar Wilde
 Wydawnictwo:Zielona Sowa
 Ilość stron:176
 Ocena: 6/6(arcydzieło!)

   Tytuł:Nic nie mogło być inaczej.Listy Oscara Wilde'a.
   Autor:Koncepcja, wybór, przekład i opracowanie Danuta Piestrzyńska
   Wydawnictwo: Twój styl
   Ilość stron:250
   Ocena:5,5/6                                                


czwartek, 4 sierpnia 2011

Cezary Wodziński - Trans, Dostojewski, Rosja czyli o filozofowaniu siekierą



,,Ktoś powiedział-bodaj po polsku- że nie znosi Dostojewskiego za jego ,,słowiańską histerię’’. Podzielam tę niechęć, zwłaszcza w wtenczas, gdy z płonących stosów słów wygrzebać muszę węgielki myśli, gdy pokaleczoną duszę pisarza ubieram we frak wytarty myśliciela. Dreszcze przechodzą po pacierzu. Chciałoby się wziąć nogi za pas, czmychnąć czem prędzej do ,,jasnej polany,, i pozostawić rozkosze obcowania z Dostojewskim rozegzaltowanym nastolatkom i zimnym badaczom ,,duszy rosyjskie,,. A jednak niepodobna mimochodem… Bez Dostojewskiego ani rusz. Wystarczy  zerknąć i leci się na łeb na szyję w głąb studni….’’


Sięgając po tę pozycję spodziewałam się dokładnego omówienia filozofii Fiodora Dostojewskiego. Dostałam natomiast delikatny zarys sytuacji politycznej, religijnej oraz społecznej Rosji, która wpłynęła  na odbiór rzeczywistości pisarza. Informację jednak przedstawione są w sposób bardzo zawikłany i czytelnikowi, który nie zna bliżej filozofii ich odbiór może sprawić trudność. Ja również czułam się nimi lekko przytłoczona . Jest to jednak książka bardzo mądra w swojej wymowie.  ,,Świat przedstawiony Dostojewskiego stanowi izomorficzną reprodukcję struktury rosyjskiego doświadczenia Raskoła,, Dość szczegółowo poznajemy ten odłam prawosławia powstały w Rosji, w wyniku sprzeciwu wobec reform patryjarchy Nikona w 1652r. Dzięki temu rozpatrujemy twórczość Dostojewskiego z zupełnie odmiennej perspektywy.



‘’Dostojewski bada ,,opatrzność,, , ,,ukośność,, i ,, zamęt,, w nieustannym kołowrocie, zmieniając bez przerwy kąt obserwacji. Naświetla i zaciemnia tę światło ciemnię z wielu punktów naraz. Zezuje na swoje laboratoryjne istoty ,,szczury z podpolja,, jak wyraził się jedne z komentatorów. [..]Dostojewski jest nie tyle mistrzem kontrastu, ile- wbrew obiegowym opiniom- doświadczonym specem od światłocienia, nieprzeniknionego zamętu sił, które potrafią się znieść, nieposkromionej tranzytywności dobra i zła. To arcymistrz metafizycznego zwarcia, a nie dystansu.,,.

Ciekawa, chociaż bardzo zawiła pozycja. Jednak wydaję się genialnym uzupełnieniem wiedzy odnośnie twórczości Dostojewskiego. Na pewno zyska w moich oczach, po kolejnej, dokładniejszej interpretacji.





Tytuł:  Trans, Dostojewski, Rosja czyli o filozofowaniu siekierą. 
Autor:  Cezary Wodziński
Wydawnictwo:  Słowo/ Obraz Terytoria
Ilość stron:130
Ocena: 6/10 

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Szał uniesień( Pani Bovary-Gustaw Flaubert)


            Często podświadomie wybieram lektury w ciągach tematycznych. Obecnie odbyłam podróż szlakami kobiecości. Najpierw ,,Naga,, Izabeli Szolc, która pomimo swoich ułomności zostawiła we mnie ślad, a teraz pozycja, którą przeczytałam z zapartym tchem mianowicie ,,Pani Bovary,, Gustawa Flauberta.
     We wcześniejszej notce zwróciłam uwagę na kunszt i pietyzm, który zrodził tą powieść. Autor godzinami konstruował odpowiednie zdania, dopierając słowa w nieodłączne elementy całości. Jego talent trafnego opisu zaobserwowanych zjawisk, postaci, miejsc połączony z morderczym wysiłkiem, którym było  kilkunasto godzinne pisanie. Ciągłe korekty pracy, poprawianie, redagowanie tekstu  sprawiło, że po dziś dzień powieść ta wywiera na czytelnikach ogromne wrażenie. Zresztą była ona, inspiracją dla  ,,straconego pokolenia,,, którego członkiem był między innymi Hemingway.
            Główną bohaterką jest Emma Bovary, córka  zamożnego rolnika.  Nauki pobierała w małej przyklasztornej szkole. Tam również rozkochała w literaturze.

,,Emma walała sobie ręce pyłem starych bibliotek. Potem, wraz z Waltem Scottem, rozmiłowała się w dawnych dziejach. Marzyła o średniowiecznych skrzyniach, rycerskich komnatach i menestrelach. Pragnęła mieszkać w jakimś starym zamczysku, jak te kasztelanki o wydłużonych stanikach, które pod rzeźbionym w kształt trójliścia ostrołukiem spędzały całe dnie z łokciem na kamiennej balustradzie, z twarzą na dłoni, wyglądających, aż zjawi się w oddali rycerz o białym pióropuszu, galopujący na karym 
rumaku,,
Często jednak życie drwi z nas nieubłaganie, pisząc scenariusze przyziemne, zabrudzone pyłem ulic. Zamiast rycerza w życiu Emmy pojawił się Karol. Wiejski lekarz, o ograniczonych zdolnościach intelektualnych. Niczym w krzywym zwierciadle,  biały rumak zastąpiony został nędzną chabetą, a upragniony nocny ślub przy pochodniach wiejską zabawą. Jej życie w najmniejszym stopniu nie przypominało tego znanego z literatury, którą zaczytywała się w młodości. Coraz więcej było w niej  wątpliwości i nękających obaw. To co zdawała się  oczywiste przed ślubem, chociażby miłość do Karola, nagle stało  się kaprysem losu, nieszczęśliwym zrządzeniem. Ucieka, więc od rzeczywistości kreując niczym Izabella Wokulska swój świat baśni i zjaw. Stając się zarazem jego niewolnicą. Przełomowym momentem był bal urządzony przez markiza d’Anderylliersa, gdzie zasmakowała życia wyższych sfer. Zauroczona niedorzecznym przepychem, próżnością uczestników rozkoszuję się tym wydarzeniem w tak mocno, że po powrocie do domu nie potrafi już się odnaleźć. Zagubiona między światem na który jest skazany, a tym w którym chciałaby żyć spędza całe dnie na kreowaniu swojej osoby na wzór damy dworskiej. Przywdziewa postawę femme fatale, angażując się w kolejne romanse. Pełna rząd, ,,Pod prostymi fałdami sukni kryło się wzburzone serce, a wstydliwe wargi nie zdradzały jego szamotań.,, Wciąż ulegała kaprysowi ciągłego obrysowywania życia w literackie wzorce, romantyczne dodatki. W pewnym momencie powieści tak bardzo poświęciła się szałowi uniesień, że oczywistością zdawały się końcowe konsekwencje. Mogłabym ocenić jej zachowanie pod względem moralnym. Usilnie jednak nie chce, gdyż dostrzegam w niej lekkie odbicie Izabelli Wokulskiej. Tak samo nieszczęśliwej, dziecinnej i naiwnie kreującej swoją rzeczywistość. Zresztą czytając tę  książkę, wciąż w mojej głowie kołatał się fragment Dziadów, w którym to Gustaw obarcza o swoje pełne rozpaczy życie księdza.

 „Ty mnie zabiłeś! Ty mnie nauczyłeś czytać!
W pięknych księgach i pięknym przyrodzeniu czytać!
Ty dla mnie ziemię piekłem zrobiłeś”  

Ponieważ, jak bardzo kolokwialnie to zabrzmi, nic nie dzieję się bez przyczyny. Ojciec Emmy podobnie jak stary Wokulski, pozwolił żyć córce w świecie fantazji. Myślę, że właśnie ten aspekt ma ogromny wpływ na nieprzystosowanie tych dwóch bohaterek do prawdziwego życia. Emma nie potrafiła zostać żoną, matką, gdyż nigdy nie przestała głównie pełnić roli córki. Małej dziewczynki, która skryła się w przez całe życie w świecie fikcji.
             Kolejnym aspektem, który zachwycił mnie chyba najmocniej jest ciągła aktualność tego dzieła. Pani Bovary przypomina wiele współczesnych kobiet, które żyjąc w świecie romansów, bajkowych historyjek ,niczym z ,Seksu w wielkim mieście,, nie reprezentują sobą żadnych wartości . Ich życie, nijakie i nudne ubarwiają marzeniami o  życiu celebrytów, ich nowych romansach i kolejnych rozstaniach. Boją się żyć. Boją się przeżywać prawdziwe emocję. Związki zamieniają na krótkie przygody z kolegą z pracy.  Udając brak zaangażowania niczym prawdziwe kokietki z telewizyjnej telenoweli. Żyją światem kolorowych, agresywnych kolorów, same będąc pozbawione kolorytu.

Pomijając tą ogromną dygresję, chciałam również wspomnieć o wspaniałych kreacjach psychologicznych postaci. Mamy tu archetypy kochanków, mężów, ojców, matek. Bohaterowie nękani prawdziwie ludzkimi problemami. Ich złożoność charakteru jest wyśmienitą możliwością kontemplacji ludzkiego umysłu, jego pragnień i lęków.
           Czytałam wiele zarzutów odnośnie przydługawych opisów, archaicznego języka. Nie rozumiem ich podstaw. Ta książka jest jedynie potwierdzeniem kunsztu oraz pracy Flauberta. Ma w sobie każda cechę dobrej powieści psychologiczno-obyczajowej. Krytycznie wytyka błędy ówczesnego społeczeństwa, ukazując jego zakłamanie  oraz nadmierny przepych. Obala mieszczański stereotyp moralności, ukazując prawdziwą naturę każdego człowieka. Z jednej strony piękną z drugiej natomiast złowrogą i straszną.
Polecam tę książkę z całego serca. Jestem nią zauroczona.
Na koniec tylko chciałabym dodać, czytajmy, więcej klasyki, bo naprawdę warto :)

Pozdrawiam :)


PS. Czy ktoś mógłby mi polecić jakąś dobrą ekranizację tego dzieła?




 Tytuł: Pani Bovary
 Autor: Gustaw Flaubert
 Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy 
 Ilość stron: 387
 Ocena: 10/10 Rewelacja!

czwartek, 21 lipca 2011

Otwórz mnie. Rozbierz


Każda z nas ma takie dni, gdy wstaję z łóżka z obolałą duszą. Obrysowuję usta konturówką, wargi przykrywa szminką. Maluję starannie rzęsy. Pędzlem przykrywa każdy skrawek twarzy na którym odrysowały się jakiekolwiek emocje. Potrafimy grać silne wojowniczki. Zamykamy w sobie frustrację, lęki, pragnienia. Na dnie serca kryjemy małą obolałą istotę, której istnienie ukrywamy. Często nawet przed sobą. Zwinnie nakładamy wysokie szpilki. Umiejętnie przybieramy kolejną pozę, zmysłowo przenosimy ciężar ciała z jednej nogi na drugą. W końcu potrafimy wyzbyć się uczuć, a sztukę kamuflażu opanowałyśmy do perfekcji.

Książka ,,Naga,, Izabelli Szolc jest studium kobiecej duszy.Już sama okładka przyciąga uwagę. Wykonana na wzór szablonu. Prosta, minimalistyczna, a zarazem bardzo wymowna. Przedstawia postać kobiety obarczonej swoją kobiecością. Obnażoną. Rozumiejącą biologiczne narzuconą przynależność do swojej płci.
(Oczywiście moja interpretacja może być nadinterpretacją:)
Książka ta w swojej konstrukcji jest zbiorem 10 opowiadań. Tytuł każdego z nich jest bezpośrednim nawiązaniem do problemów z którym boryka się jego bohaterka. Nie będę streszczać  treści poszczególnych opowiadań , gdyż uczynione to już było wielokrotnie na innych blogach.Zresztą nie widzę takiej potrzeby. 
Muszę przyznać, że pierwsze pięć opowiadań przeczytałam  z ogromną ciekawością. Były bardzo plastyczne językowo, a bohaterki pomimo dość prostego  przekroju psychologicznego były interesujące. Niestety resztę czytałam bez większej przyjemności. Po prostu mnie nudziły. Szkoda, gdyż taka parabola tekstu wpływa bardzo niekorzystnie na jego odbiór. 
Wielkie wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie ,,Pępek,,. Zresztą już początkowe zdanie jest szokujące:

,,Mamo, w dniu Twojego święta chciałabym powiedzieć, jak bardzo Cię nienawidzę!,, 

Ten przejmujący monolog pełen nienawiści, a jednak ciągłego usprawiedliwiania matki pozostanie na długo w mojej pamięci. 
Zresztą każda z bohaterek tej książki ma swój mały lub większy dramat. Są zdradzane przez mężów, ich homoseksualna miłość jest niezaakceptowana przez najbliższych, boją się macierzyństwa, samotności,śmierci.
Na tle innych wyróżnia się również opowiadanie ,,Wdowa,,. W całości poświęcone jest pogodzeniu się z śmiercią ukochanego. Opowiada o przeżywaniu  żałoby i  powolnym wracaniu do normalnego życia. Tytułowa wdowa odwzorowana jest na postaci Marii Curie-Skłodowskiej. Autorka tworząc to opowiadanie opierała się na autentycznym dzienniku żałobnym tej znanej noblistki.
Wszystkie z tych kobiet, w moim odczuciu, łączą się w archetyp kobiety brutalnie skrzywdzonej przez życie. Niestety jak dla mnie ich sylwetki są za mało zarysowane. Szkoda, że autorka nie podjęła się napisania dłuższej formy prozatorskiej. W tym wypadku są to tylko przypadkowe, anonimowe historię, które dość szybko zapomnę. 
Słownik pwn, w definicji słowa nagi podaję: «zawierający najistotniejszą treść czegoś, bez dodatków i upiększeń» ; «pozbawiony ozdób»
Proza pani Szolc pokrywa się całkowicie z tą definicją. Jest wręcz jej odzwierciedleniem. Jest to zdecydowanie jej atut. Sposób pisania autorki jest momentami brutalny, cierpki, twardy. Zdecydowanie komponuję się z tematyką utworu jakim jest ,,Naga,,.
Cóż mogę powiedzieć. Nie łatwo jest pisać o naszych kompleksach, lękach, obawach, fobiach. Pani Szolc nawet się udało. Polubiłam jej styl pisania . Mam jednak nadzieję, że sięgając po jej kolejną książkę, dostanę coś więcej niż jednostronny punkt widzenia. Więcej wnikliwości i więcej dopracowania.

Pisząc przemyślenia o kobiecej nagości( tej bardziej psychicznej i emocjonalnej, niż fizycznej), w mojej głowie wciąż rozbrzmiewał Wojaczek z  ,,Prośbą,,. Ten erotyk jest kwintesencją  moich przemyśleń i rozważań. 



Zrób coś, abym rozebrać się mogła jeszcze bardziej
Ostatni listek wstydu już dawno odrzuciłam
I najcieńsze wspomnienie sukienki także zmyłam
I choć kogoś nagiego bardziej ode mnie nagiej
Na pewno mieć nie mogłeś, zrób coś, bym uwierzyła

Zrób coś, abym otworzyć się mogła jeszcze bardziej
Już w ostatni por skóry tak dawno mi wniknąłeś
Ze nie wierzę, iż kiedyś jeszcze nie być tam mogłeś
I choć nie wierzę by mógł być ktoś bardziej otwarty
Dla ciebie niż ja jestem, zrób coś, otwórz mnie, rozbierz.



----------------------------------------------------------------------------------------------

Książkę dostałam od Kaś z bloga http://achyochyzksiazka.blogspot.com , za co z całego serca chciałabym jej podziękować. Zgodnie z wolą Kaś, książka ta ma za zadanie powędrować dalej w świat i cieszyć swoją zawartością.
Dlatego, proszę w komentarzach o zgłoszenia osób, które chciałyby wziąć udział w tym projekcie. W poniedziałek 25 czerwca wylosuję kolejną osobę, do której zawędruję tymczasowo ,,Naga,,.
Serdecznie pozdrawiam :)


Tytuł: Naga
Autor: Izabela Szolc
Wydawnictwo: AMEA
Ilość stron:153
Ocena: 3,5/6











ps.  Jeśli ktoś jest zainteresowany tematem nagości polecam tę pozycję. Niestety dostępna jest tylko w wersji anglojęzycznej