Książka ,,Marilyn ostatnie seanse,, jest jak tragiczny, ale dobry zarazem film. Taśma przeskakuję klatka po klatce. Na obrazie nie widać prawie nic, większość to usilne hipotezy. Pod niebieskim prześcieradłem leży naga, martwa kobieta. Ten fakt staję się początkiem do snucia tysiąca hipotez dotyczących powodu jej śmierci. Ta historia jest smutna, melancholijna i pozbawiona piękna, którym Marilyn emanowała z ekranów kinowych sal.
Jest to także historia Hollywood i rozwoju psychoanalizy, której oddziaływanie było niezmiernie silne.
Każdy z nas widział Marilyn Monroe. Szukał w niej skaz, lub podziwiał jej niezaprzeczalne piękno. Ja również ulegałam wielokrotnie jej niewątpliwemu urokowi. Kim jednak była tak naprawdę Norma Jeane, okrzyknięta najpiękniejszą kobietą świata?
Muszę przyznać, że dopiero ta lektura, pozwoliła mi uszczypnąć fenomen MM. Musnąć jej platynowych włosów.
Konstrukcja książki, w której bez jakiegoś określonego klucza mieszają się sceny z okresu będącego przedmiotem opowieści (pomiędzy oddaniem się Marilyn pod opiekę doktora Greensona a jej śmiercią), retrospekcje z lat wcześniejszych i uzupełnienia odnoszące się do wydarzeń znacznie późniejszych - oraz koncepcja uzupełnienia faktów fikcją, jest niezwykle wciągająca. Czułam się jakbym czytała bezbłędny thriller psychologiczny.
Bardzo szczegółowo pokazany jest destrukcyjny wpływ psychoanalizy na MM. Zresztą jak podkreśla doktor Kris, pierwszy terapeuta MM,,Kobieta ta jest całkowicie zaburzona, ze skłonnościami do autodestrukcji, nadużywająca narkotyków i lekarstw,,.
Z drugiej jednak strony, była ciepłą i niesamowicie promienną osobą.
Arthur Miller w jednym z wywiadów wypowiadał się następująco:
,,Koniec końców, coś boskiego emanowało od tej eterycznej postaci. Była całkowicie niezdolna do rzucania oskarżeń, do oceniania:nawet gdy chodzi o ludzi, którzy wyrządzali jej krzywdę. Jeśli ktoś z nią był, znaczyło to, że jest akceptowany, wkracza w jej świetlistą aurę.Była w połowie królową, w połowie porzuconym dzieckiem, czasem na klęczkach przed własnym ciałem, czasem z jego powodu pogrążona w rozpaczy,,.
Czy to Hollywood sprowadziło ją do parteru z rozłożonymi nogami? Czy to prawda, że mierzyła miłość liczbą mężczyzn, których potrafiła uwieść? Nie chce zdradzać wam odpowiedzi na te pytania, gdyż ta pozycja klarownie pomoże wam samym wyciągnąć wnioski na ten temat.
Po przeczytaniu tej pozycji MM, przestała być dla mnie tradycyjną aktorką. Ona posiadała w sobie o wiele więcej. Coś kruchego i subtelnego, co przenikało przez soczewkę kamery,tworząc wizualne arcydzieło.
I chociaż dla większości, stała się jedynie obiektem seksualnym, ponętną maskotką, od której wymagało się jedynie bycia seksi. Uroczego wydymania warg. Tak naprawdę była bardzo wrażliwym człowiekiem, uwielbiającym literaturę i wszechobecną sztukę.

Ta książka, nie jest odpowiedzą na pytanie jak zginęła jedna z najpiękniejszych kobiet świata.

Niezależnie od tego, jest to niezwykle ciekawa biografia, napisana świetnym,prostym, porywającym językiem.Oparta jej na autentycznych nagraniach z sesji terapeutycznych MM.I chociaż staram się najczęściej unikać tak intymnych książek, dla tej zrobiłam wyjątek.
Swoje przemyślenia zakończę cytatem, który stu procentach oddaję sens tej książki.
,,Inne informację mogą podważyć znane fakty, raz jeszcze potasować karty, podzielić opowieść na części, zrodzić nowe opinie, nowe niejasności, i nikt nie może temu zapobiec. Legenda.Historia jest prawdziwa jedynie wówczas, kiedy w nią wierzymy, a jej treść zmienia się w zależności od narratora.Nawet kiedy to, co było prywatne staje się publiczne, nie przybliżamy się do prawdy. Rzeczy już znane zostają zniekształcone przez nowe elementy i powstaje nowa wersja legendy.Ostatecznie nikt nie dowie się niczego o tym, co się naprawdę stało. Możemy tylko poznać żywy opis tego, kim ktoś jej i w jaki sposób sprawy mogły się potoczyć,,.

Tytuł: ,,Marilyn ostatnie seanse,,
Autor: Michel Schneider
Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 405
Ocena: 4+/6